Hasłem po pamięci
Naukowcy (tym razem nie amerykańscy, lecz brytyjscy) stwierdzili, że im więcej pracownik musi zapamiętać różnych haseł dostępowych, numerów identyfikacyjnych oraz innych kodów, tym większe prawdopodobieństwo problemów.
Wcale mnie to nie dziwi. Jak sobie przypomnę ile muszę pamiętać - pin do komórki,
pin do bankomatu (na szczęście kredytówki mam bezpinowe),hasło i identyfikator do konta bankowego, hasła do serwisów internetowych innych banków (tam gdzie mam karty kredytowe…), na szczęście do pracy wchodzę na breloczek (i nie ma żadnego klepania w klawiaturkę), no ale jest hasło roota i hasło użytkownika do systemu… ufff hasła do kont pocztowych, jabbera i gadu-dziadu… Może coś pominąłem (o właśnie: kod abonencki u operatora komórkowego), ale nawet jak pominąłem to w decydującym momencie okaże się, że jednak sobie przypomnę… a jeśli sobie nie przypomnę? Aha przecież część haseł pamięta za mnie KWallet a hasła do poczty podpowiada uprzejmy Thunderbird… ale KWallet zadziała dopiero po użyciu jego własnego hasła, które - niezgodnie z regułami bezpieczeństwa? - mam takie same jak hasło użytkownika. Już się boję!
Pamiętam - to jakoś pamiętam! - że kiedyś było prościej. Komórkę kupiłem sobie wprawdzie dość dawno - ledwie 4 miesiące po starcie pewnej sieci, która dziś ma owoc w nazwie - bodajże gdzieś w tym samym czasie wyrobiłem sobie kartę do bankomatu (nazwy banku litościwie nie podlinkuję). W ówczesnej pracy założyli jakieś tam alarmy na drzwi i kazali sobie wymyśleć piny do otwierania, to ja sobie (niezgodnie z regułami bezpieczeństwa?) ustaliłem ten sam co do komórki. Karty kredytowej nie miałem, o internecie czytałem w gazetach. Wszystko co musiałem pamiętać to numer rejestracyjny mojego malucha oraz parę telefonów.
Nie wiem na ile odpowiedzią na moje bolączki są lub będą techniki biometryczne. Z jednej strony jak ognia boję się permanentnej inwigilacji Wielkiego Brata (a raczej Wielkiego Kolesia, ponieważ to my - współczesne społeczeństwo) sami siebie wiecznie śledzimy i myszkujemy, nie ma gorszej rzeczy niż odarcie z resztek prywatności. Ale kto wie czy jednak ten odcisk palca albo skan siatkówki oka nie okaże się wystarczającą odpowiedzią na konieczność wypośrodkowania pomiędzy wygodą użytkowników życia codziennego oraz uzasadnionej konieczności zapewnienia bezpieczeństwa temu co powinno być bezpieczne. Są już komputery albo karty pamięci, z których nie da się skorzystać bez uprzedniego "przedstawienia się" poprzez przyłożenie palca, są już firmy, gdzie tradycyjne hasełka bądź breloczki zastąpiły nowoczesne technologii identyfikacji siatkówki. Trwają prace nad zmianą formatu paszportów i innych dokumentów, tak aby zawierały one dane biomedyczne (wszakże nic człowieka lepiej nie identyfikuje jak jego kod genetyczny) - Islandia nawet pokusiła się o projekt zgromadzenia danych o DNA wszystkich jej mieszkańców, co wzbudza jednak pewne obawy właśnie w kwestii ochrony prywatności - jednak mój tradycjonalistyczny łeb broni i zapiera się przed tymi nowinkami.
Jaka jest więc odpowiedź? Sterta hasełek w kalendarzyku, jedno "mocne" hasło do wszystkiego na wszelki wypadek zapisane na karteczce przylepionej do monitora, hasło do bankomatu namalowane flamastrem na karcie…? Czy faktycznie zgoda na skanowanie, pobieranie, pomiar i utrwalanie?
technorati tags: prawo, privacy, DeCode, biometrics
Czym gorzej wam, tym lepiej wam
Wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ustawy poszerzającej dostęp do aplikacji prawniczych musiał wzbudzić gorące dyskusje. Z jednej strony trzeba pamiętać, iż
było to w pewnym sensie oczko w głowie posłów PiS, którzy dzięki ustawie Gosiewskiego niewątpliwie uzbierali trochę głosów młodych prawników i ich rodzin (poza tym hasło deregulacji robi się ostatnio całkiem modne - nawet jeśli fakty przeczą deklaracjom). Z drugiej strony jest to kolejny po ustawie medialnej prztyczek w nos, który Trybunał wymierzył w wysoko zadarte nosy polityków partii rządzącej. Ci zaś nie zwykli darować tego rodzaju zniewagi.
Ustawa niewątpliwie okazała się kijem włożonym w mrowisko. Godziła w dobrostan palestry, która musi wszakże stać na straży jakości świadczonych usług, a przecież oczywistym zagrożeniem dla tej jakości jest upowszechnienie zawodu i dopuszczenie doń świeżej krwi. Umożliwiała (no dobrze, ułatwiała) rozpoczęcie kariery zawodowej prawikom, którzy wskutek różnych zbiegów okoliczności - niektórzy mówią o koneksjach i nepotyzmie, inni raczej o kiepskim przygotowaniu - nie mieliby wcześniej szans na rozpoczęcie aplikacji adwokackiej bądź radcowskiej. Ułatwiała wreszcie z założenia życie klientom, którzy coraz częściej dysponujący wiedzą o swych prawach decydują się na kierowanie spraw do sądów, jednak świadomi pułapek proceduralnych i innych zawiłości wolą zdać się na pełnomocnika profesjonalnego. (Sceptykom wskazuję, że tak jak malucha naprawić mógł prawie każdy przy pomocy młotka i śrubokręta, tak nowoczesne auto potrafi całkiem skutecznie utrudnić tak banalną czynność jak wymiana świec.)
Pojawiły się też w sprawie głosy iście kuriozalne - to temat na osobny felieton, ale nie mogę się powstrzymać - jak ten wywiad, z prof. Jan Błeszyński z Wydziału Prawa i Administracji UW i członek Okręgowej Izby Adwokackiej w Warszawie. Jeśli ktoś nie wiedział na czym polega źle pojęty korporacjonizm i do jakich łamańców intelektualnych przeczących zasadniczej logice prowadzi zapatrzenie w interes własny, wystarczy zacytować parę zdań z wywiadu. Otóż zdaniem profesora-adwokata zaistniałe zmiany byłyby wyłącznie szkodliwie, albowiem "Kilku pokoleniom przyszłych prawników odcięto by dostęp do zawodu. Wprawdzie zmiana jest wprowadzana pod hasłem "otwieramy drzwi i przyjmujemy do zawodu znacznie więcej chętnych niż dotychczas", ale prostą jej konsekwencją będzie przesycenie rynku". Więc jest tak, że wprawdzie będzie łatwiejszy dostęp do usług prawniczych na rynku, ale przez to, że będzie więcej konkurencji - a tort przecież nie powiększa się w takim samym tempie - to zyski z poszczególnych zleceń będą przecież malały. Jakby komuś było jeszcze mało, wywiad przynosi jeszcze jeden kwiatek: "Codziennie spotykam się w pracy z dramatem młodych ludzi – absolwentów, którzy wprawdzie są coraz lepiej przygotowani do pracy, ale nikt ich nie potrzebuje. W punkcie wyjścia są pozbawieni perspektywy wykonywania zawodu i funkcjonowania w społeczeństwie. Umasowienie dostępu do zawodów prawniczych tej sytuacji nie zmieni, bo to tylko działanie pozornie skuteczne". Poziom absurdu iście montypajtonowski; można jeszcze pokusić się o komentarz parafrazując Lorda Actona - każda władza korumpuje, władza samorządowa - samorzutnie.
Jak już pisałem orzeczenie TK nie powinno dziwić nikogo kto rozumie rolę Trybunału oraz istotę jego funkcjonowania. TK nie zajmuje się oceną działań polityków, nie bierze pod uwagę zapatrywań poszczególnych posłów bądź też całego sejmu in corpore. Jego rolą jest ocena uchwalanego prawa pod kątem zgodności z przepisami wyższego rzędu; skoro zatem ustawa powinna być zgodna z konstytucją, to biada choćby i najbardziej potrzebnemu przepisowi, jeśli zgodny nie jest. Więc skoro w myśl art. 17 ust. 1 "samorządy zawodowe, reprezentujące osoby wykonujące zawody zaufania publicznego" "sprawują pieczę nad należytym wykonywaniem tych zawodów w granicach interesu publicznego i dla jego ochrony" to nie można teraz ogłosić wszem i wobec, że Trybunał zadziałał w interesie adwokatów i radców prawnych. Trybunał orzekł w interesie jakości prawa, jego prawidłowości i szeroko pojętej pewności prawa. Szczerze mówiąc czułbym się nieswojo, gdyby zapadł inny wyrok, bo sędziowie uznaliby, że tego właśnie wymaga jakkolwiek pojęty interes społeczny; nie miałbym wówczas żadnej gwarancji, że w innym przypadku uchwalenia chorego prawa znów nie przeważy tenże źle pojęty interes społeczny… Anglicy zwykli mawiać, iż nikt nie może być pewien swego zdrowia, życia i majątku, dopóki obraduje Parlament Jej Królewskiej Mości, nie chciałbym jednak, żeby i u nas takie przysłowie się przyjęło…
Posłowie Pis zapowiedzieli nawet nowelę konstytucji i zmianę art. 17. Jakkolwiek dyskusyjna jest każda zmiana prawa ad hoc - a szczególne obawy powinna budzić instrumentalność projektowanych zmian w ustawie zasadniczej - moim skromnym zdaniem jest to tak czy inaczej bicie piany i mydlenie oczu w tejże pianie. Wszystko będzie się oczywiście sprowadzało do szczytnych haseł otwarcia rynku i taniego państwa (jakkolwiek w przypadku etatystów spod znaku Braci Kaczyńskich wygląda to zwykle a rebours). Czyli: zamiast egzaminów i aplikacji korporacyjnych - egzamin ministerialny, zamiast szczelnie zamkniętej kasty prawników - furta lekko uchylona.
Obawiam się jednak, że są to li tylko półśrodki. Zamiana decyzji samorządu zawodowego na decyzję urzędnika z ministerstwa nie oznacza otwarcia zawodu, podobnie jak nie jest nim umożliwienie wpisania się na listę adwokatów osób, które ukończyły inną aplikację. Otwarciem zawodu byłoby umożliwienie świadczenia usług prawniczych przez wszystkich absolwentów prawa na zasadzie: masz dyplom, więc jeśli stać cię na ryzyko - otwórz kancelarię i rzuć się w wir rynku. Jeśli będziesz dobry (co zawsze jest jakimś iloczynem jakości usług i ich ceny - nie oszukujmy się, że zwykle człowiek myśli "jakbym miał więcej pieniędzy to może byłoby mnie stać na lepszego fachowca) to się utrzymasz i będziesz prosperował, ale rynek bezlitośnie wytnie każdy przypadek fuszerki i nieuctwa.
Tego jednak chyba boją się wszyscy. Po pierwsze politycy straciliby środek nacisku na oszołomionych absolwentów prawa, którzy na dziś mogą wznosić modły do Przemysława Gosiewskiego. Po drugie korporacje zawodowe musiałyby stanąć w szranki prawdziwej konkurencji i być może skończyłoby się krycie niedouczonych i nieuczciwych radców, którzy zapominają o terminach albo nie znają się na przepisach, ale w żywe oczy okłamują klienta, że sprawa jest pod kontrolą (a co, nie było takich przypadków? - mając jakieś tam doświadczenie procesowe mogę tylko powiedzieć, że nawet jeśli toga dodaje powagi to niekoniecznie dodaje wiedzy). Po trzecie chyba nie chcą tego sami prawnicy, którzy są jednak przyzwyczajeni do lekkiego nadzoru sprawowanego przez państwo opiekuńcze - bo jak to, żeby tak każdy mógł sam z siebie podjąć działalność gospodarczą, zaryzykować, pójść do sądu, może się nawet zbłaźnić?

