Słowo Olgierda

Moja autolustracja

Opublikowany w polityka, przemyślenia by Olgierd w dniu sierpień 6th, 2006

Byłem chyba w 7 klasie podstawówki, staliśmy z kolegą w spożywczaku, gapiliśmy się… diabli wiedzą czy na cukierki czy na tanie wino, to było jedno stoisko. W pewnym momencie jakiś gość zaszedł nas od tyłu, klepnął w ramię, rzucił - przed sklepem stoi pewien pan, chce z wami porozmawiać.

Wyszliśmy, przedstawił się jako dzielnicowy, zaczął się strasznie czepiać, że niby pijemy alkohol, rozrabiamy, kradniemy rowery i przetwory z piwnic w blokach. Dla 13-latka spotkanie z wrzeszczącym przestawicielem władzy to przeżycie traumatyczne (nawet jeśli nie wie jeszcze co to trauma), zaczęliśmy się więc zarzekać, że żadnego wina, nic z tych rzeczy, a o kradzieżach to w ogóle nic nie wiemy. To ostatnie było zresztą szczerą prawdą, były z nas niezłe łobuzy, winko w parku, nad rzeką, to i owszem, ale włamanie do piwnicy - nigdy. Wylegitymował nas (dobrze, że miałem legitymację szkolną), spisał i kazał spierdalać do domów. - Tylko każdy w swoją stronę - rzucił za nami. Uciekliśmy.

Kilkanaście dni później znów się spotkaliśmy. Tym razem szła nas cała wataha, kumple z fajkami (ja nie paliłem), roześmiana gromada wyrostków. Wyrósł jak spod ziemi (o ile przedstawiciel władzy mógł wówczas wyrosnąć spod ziemi), krótko i systematycznie zjechał każdego, oczywiście przyczepił się do mnie. - O, my się już chyba znamy? No to poczekaj chwilkę, pogadamy. A wy idźcie gdzie mieliście iść. - Nogi się pode mną ugięły, wiadomo.

Tym razem gadał inaczej. Chciał częstować papierosem (dziękuję, nie palę), wyraźnie liczył na skumplowanie się. - Słuchaj, ja widzę, że z ciebie równy gość. Wiesz, jak byłem młody byłem taki sam, papieroski, koledzy, takie rzeczy - nawijał - dlatego ja was, młodych rozumiem. Ale widzisz, ktoś tu na osiedlu - powoli zmierzał do sedna sprawy - włamuje się do piwnic, kradnie rowery, słoiki, niszczy budki telefoniczne. Nie możemy sobie z nimi poradzić, nie wiemy kto to jest.

No tak, koledzy mi opowiadali, że tak czasem pały robią. Nawet podobno jeden ze starszych na parafii miał zegarek z wygrawerowanymi podziękowaniami. Ale nikt nie widział, bo to był lekki świr, w kieszeni zawsze nosił nunczako i lubił się nim popisywać. Taki niby sportowiec. Pogadasz z glinami, coś tam opowiesz, jak mają wynik dadzą zegarek albo radiomagnetofon.

Od słowa do słowa doszliśmy do konkluzji, że nic nie wiem o zdarzeniach, ale będę miał oczy i uszy szeroko otwarte, a jak tylko coś mi w te oczy czy uszy wpadnie - powiadomię Staszka (bodajże było mu Staszek). A Staszek - równy chłop - w zamian przymknie oko na nasze fajki i winko, no i nie będzie wysyłał informacji do szkoły jeśli będą na nas skargi za drobne pierdoły.

Do dziś nie wiem co sobie Staszek z naszych rozmów zanotował, nie wiem gdzie zapisał sobie moje nazwisko. Po tym zdarzeniu chyba nigdy więcej się nie spotkaliśmy, na parafię wrócił Dudek (poczciwa pijaczyna, która po służbie ledwie doczłapywała się do domu mamrocząc do moich kolesi “chłopcy, nie palcie papierosów, jak ja mam 20 złotych to wolę się czegoś napić niż zajarać”); może Staszek był stażystą, może komuś podpadł i wyleciał - nie wiem.

Wiem jednak, że być może w tymże 1985 r. zostałem zarejestrowany przez Milicję Obywatelską jako informator. Jasne nic nie podpisałem, nic nie opowiedziałem, nie dostałem żadnego prezentu, ale z całą pewnością powiedziałem Staszkowi, że jak tylko będę coś wiedział o kradzieżach to mu na pewno wszystko przekażę. Zrobiłem to wyłącznie ze strachu (chociaż prawdę mówiąc raczej się go nie bałem - byłem dobrym uczniem, bardzo niegrzecznym ale miałem dość dobre oceny, uważałem zatem, że dzielnicowy może mi naskoczyć), a może raczej dla świętego spokoju, żeby się ode mnie odpieprzył.

Zgodnie z obowiązującą obecnie ustawą lustracyjną podlegałbym obowiązkowi złożenia oświadczenia lustracyjnego - gdybym ubiegał się o pewne stanowiska. Tym różnię się od rozlicznych młodych wilczków, dla których 1989 r. kojarzy się z pierwszym guzem w przedszkolu a rząd Olszewskiego wyłącznie z nudnymi lekcjami historii, zaś demokratyczna pała policjanta z rozróbą na meczu piłkarskim (ja dostałem kopa od ZOMO nawet na Świdnickiej, będąc raczej biernym uczestnikiem manifestacji “Pomarańczowej Alternatywy”).

Dlatego chociaż uważam, że lustracja jest konieczna, wiem też, że postubeckie zasoby danych mogą być fałszywe, mogą krzywdzić. Proces Gilowskiej jednoznacznie udowadnia, że tzw. “sprawna machina” totalitarnej policji politycznej działała w sposób podobny do innych rzeczy w Polsce - opierając się na kłamstwie, manipulacji, oszustwie, prowokacji. Dlatego dziesięć lat temu, kiedy młode wilczki dostawały pod choinkę pierwszego GameBoya, ja mogłem nie mieć żadnych wątpliwości. Dzisiaj mam.

To jest moja autolustracja. A teraz proszę, niech wilczki szczekają, że bronię UBekistanu.