Serdecznie pozdrawiam…
panów, którzy trafili dziś na mojego blogaska w związku ze sprawą, która została wyznaczona na godz. 12.00 przed Sądem Rejonowym dla Wrocławia-Śródmieścia I Wydział Cywilny.
Szkoda, że zajmują się Panowie góglaniem w poszukiwaniu haseł “wyrok z 4 października 2005″ (przykry wyrok, Panie Tomaszu, co?), fraz “Olgierd, Arnold Buzdygan” (dobrze, że pojawił się przecinek, bo bym się obraził…) oraz “arnold buzdygan październik 2006″. Lepiej było sprawdzić na czym polega odpowiedzialność pracodawcy za szkodę wyrządzoną przez pracownika oraz co to jest w ogóle naruszenie dóbr osobistych (tu z przykrością muszę powiedzieć, że faktycznie słowem o tym na moim blogasku nie wspomniałem).
Nie miotalibyście się Panowie wówczas tak strasznie dowodząc, że pewne dane zostały publicznie ujawnione i zrozumielibyście wreszcie, że nie ma to znaczenia. Ponieważ czyn popełniony przez Pana Tomasza sprowadzał się do ujawnienia treści objętych tajemnicą telekomunikacyjną, nie mają wprost znaczenia jakie były dalsze tego konsekwencje.
Cóż, wydaje mi się, że spotkamy się ponownie 13 grudnia i niewątpliwie ktoś po tym spotkaniu będzie miał niewyraźną minę. Proponowałem - niejednokrotnie - ugodę, ale jeśli Panowie tego nie dostrzegacie, jeśli uważacie, że to była próba “wyłudzenia” (sic!) to chyba faktycznie ugoda nie miałaby sensu.
Wiadomości24.pl o ochronie prawa autorskiego w internecie
Wiadomości24.pl przynoszą ciekawy wywiad z prof. Januszem Bartą oraz prof. Ryszardem Markiewiczem, niekwestionowanymi autorytetami w dziedzinie prawa autorskiego, w całości poświęcony internetowi.
Warto go przeczytać w całości, ja jednak pozwalam sobie - korzystając z prawa cytatu - przytoczyć w tym miejscu parę zdań, które powinny albo rozwiać pewne mity i wątpliwości albo też wyjaśnić - w przystępny i nieskomplikowany sposób - internautom co wolno a czego nie powinno się robić w sieci.
Po pierwsze, jeżeli masz cień wątpliwości, czy wykorzystywany materiał jest utworem to bezpieczniej jest ująć go w cudzysłów i podać źródło. Na świecie, zwłaszcza w przypadku publikacji naukowych, panuje tendencja, że w gruncie rzeczy patrzy się przez palce na przypadki przekroczenia prawa cytatu. Natomiast bezwzględnie jest ścigane przywłaszczanie autorstwa oraz jego nieoznaczenie. Więc nawet jeśli chcesz wykorzystać cudze zdjęcie i masz wątpliwość, czy nie przekraczasz prawa cytatu, zawsze koniecznie podaj autora fotografii i źródło.
Internauci muszą sobie uświadomić, że w internecie też obowiązuje prawo, i to takie samo prawo, które obowiązuje poza Internetem. Często panuje mylne wyobrażenie, że internet to jeszcze nieuregulowane „terytorium”. To wielki błąd. Jeżeli coś zamieszczam w internecie, to nie znaczy, że się pozbywam praw do mojego dzieła, że przekazuję je do domeny publicznej, że się godzę na dowolne wykorzystanie mojego utworu. Ja się tylko godzę, żeby ktoś wszedł i obejrzał lub przeczytał.
W zasadzie uważa się, że umieszczenie utworu w internecie oznacza nieodwołalną zgodę, aby do tego tekstu zamieszczać odnośniki (links). Ale tylko tyle.
Zdjęcia utworów dwuwymiarowych: znaczka czy obrazu nie są utworem w rozumieniu prawa autorskiego. Bo są tylko wynikiem pracy rzemieślniczej, mającej za zadanie oddać wiernie fotografowany przedmiot. W związku ze znaczkiem pojawia się nadto pytanie, czy jest on materiałem urzędowym, a materiały urzędowe są wyłączone spod przepisów prawa autorskiego.
W przypadku fotografii obrazu nie ma wątpliwości, że konieczna jest zgoda uprawnionego (podmiotu prawa autorskiego) na jego zwielokrotnienie (w tym też fotografię) oraz na jego udostępnienie w internecie, chyba że wygasły autorskie prawa majątkowe.
Piszę tekst o Rembrandcie, ale nie byłam nigdy w Rijks Museum i nie zrobiłam zdjęcia jego obrazu. Czy mogę wykorzystać zdjęcie znalezione w internecie?
Tak. Wygasły bowiem autorskie prawa majątkowe do obrazu, więc pozostaje obowiązek poszanowania autorskich dóbr osobistych twórcy obrazu; miedzy innymi nie wolno zniekształcić fotografowanego dzieła i koniecznie należy wskazać autorstwo obrazu, a ze względu na dobre obyczaje i przepisy kodeksu cywilnego, także autora fotografii.
A jeśli znaleźliśmy w sieci zdjęcie sklepienia Kaplicy Sykstyńskiej?
Tu się pojawia pytanie, czy takie zdjęcie nie jest utworem. Mamy bowiem do czynienia z fotografią elementów architektury. Autor zdjęcia może argumentować, że jego fotografia jest utworem, ponieważ on wybrał miejsce, z którego robił ujęcie, oświetlenie, kąt itd. Taka fotografia często jest dziełem w rozumieniu prawa autorskiego.
A co, jeśli ktoś przeczytał np. w gazecie lub na jednym z portali, że coś się wydarzyło. Czy ma prawo przepisać taką informację własnymi słowami?
Z punktu widzenia prawa autorskiego działanie takie jest dopuszczalne. Zawsze jednak obowiązują dobre obyczaje. Gdy bazujesz na cudzych informacjach, zawsze dokładnie należy podać ich źródło.
A jeżeli ten proceder by się powtarzał, to można by to potraktować jako czyn nieuczciwej konkurencji i w jakimś sensie naruszenie dóbr osobistych osoby prawnej lub autora tych serwisów. Powinniśmy bardzo dbać, żeby maksymalnie poszerzać swobodę eksploatacji, ale równocześnie w pełni respektować autorstwo w tym najszerszym ujęciu.
A jak wygląda sprawa z opublikowaniem listu? Czy możemy go upowszechnić, jeśli nie jest to list otwarty?
Jeśli otrzymuje pani list, który ma charakter listu otwartego, czyli np. zachęca do dyskusji itd. – to nie ma problemu, można go upublicznić.
Przy wykorzystywaniu korespondencji istnieją dwa ograniczenia: jeśli list jest utworem albo jeśli są w nim zawarte elementy życia prywatnego – wówczas konieczna jest zgoda nadawcy (autora listu); nadto zawsze konieczna jest zgoda adresata listu na jego opublikowanie.
Mnie brakuje w wywiadzie odniesienia się do brzmienia art. 23 ust. 2 ustawy o PA w brzmieniu po 1 maja 2004 r. (kiedy to ograniczono dozwolony użytek do “korzystania z pojedynczych egzemplarzy utworów przez krąg osób pozostających w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskiego”) - mam na myśli rzecz jasna dziwną zbitkę “pojedyncze egzemplarze” - aczkolwiek uważam, że to ważny i ciekawy wywiad “ku wyjaśnieniu pomyłek i niedomówień”
Rusofilom pod rozwagę
Kilkanaście lat temu słyszeliśmy, że radziecko-rosyjskie bazy wojskowe nie powinny opuszczać Polski, ponieważ spowoduje to zagrożenie dla naszych granic ze strony niemieckich rewizjonistów. Później okazało się, że Polska nie powinna marzyć o przystąpieniu do NATO, ponieważ Rosja głośno ryczy nielzja! Niedawno przekonywano nas - także naszymi własnymi ustami - że brakiem rozwagi byłaby zgoda na instalację tarczy antyrakietowej na terytorium kraju, ponieważ… nie spodoba się to Rosji. Podobnie jeśli chodzi o zgodę na przepuszczenie gazrury do Niemiec: po co podskakiwać, skoro i tak nikt się z nami nie liczy?
Teraz zaczniemy zbierać cięgi za kolejny akt “nieodpowiedzialnej krnąbrności”. Polski rząd jak sól w oku Unii Europejskiej stanął na przeszkodzie pozytywnym stosunkom Brukseli (ściśle: Berlina) i Moskwy.
Weto przeciwko odblokowaniu negocjacji z Rosją to wyraźny dowód, że Polska może i potrafi korzystać z mechanizmów, w które wyposaża nas Unia. Być może pecha będzie miał Jarosław Kaczyński - już widzę sypiące się komentarze, że to wyłącznie dowód na nieodpowiedzialność jego polityki - ale w tym przypadku całym sercem popieram decyzję polskiego rządu.
Denerwuje mnie, że zawsze w takich sytuacjach niepoważny i pobrzękujący szabelką Polak przeciwstawiany jest rubasznemu misiowi zza Uralu (reprezentowanemu przez pułkownika KGB) oraz koncyliacyjnemu Europejczykowi. Nieważne, że rubaszny miś dosypał dziegciu Litwinience i oskarżył o to niewygodnego Kremlowi biznesmena (nawiasem mówiąc szkoda, że Litwinienko nie miał w aucie takiego zestawu jakim mógł posłużyć się James Bond w “Casino Royale”), że najprawdopodobniej niedobre polskie mięso to jeszcze jedna prowokacja FSB. Rosji złościć nie wolno - i już.
Polską polityką wschodnią od dawna targają dwa przeciwstawne uczucia: bezkrytyczna rusofilia oraz bezkrytyczne resentymenty (jest jeszcze miłość do Piłsudskiego, któremu nie mogę wybaczyć, że mógł zdławić Lenina i jego zbrodniczą rewolucję, ale tego nie zrobił). Przeciętny Polak władzy moskiewskiej nie lubi, troszkę nią gardzi, troszkę się jej boi.
Jednak mainstream - czy to kupiony, czy to przekonany (nie od dziś wiadomo, że rosyjska agentura wpływu nie ma sobie równych), a może po prostu uważając, że tak powinno być.
Nie trzeba się przy tym powoływać na rusofila Dmowskiego, nie ma potrzeby przypominać czterech dekad przyjaźni polsko-radzieckiej, moskiewskiej pożyczki stojącej u poczęcia SdRP i SLD, watażki Cimoszewicza i carycy Sierakowskiej popierającej prorosyjskich Serbów u schyłku ubiegłego wieku. Nie ma potrzeby nawet szukać moskiewskich powiązań u Andrzeja Leppera.
Skrywany pod pozorem racjonalizmu rusofilizm jest w polskiej myśli politycznej obecny od zawsze. Jakbyśmy nie brali pod uwagę nauk Churchilla (trawestując: “Polska nie ma stałych sojuszy, Polska ma tylko stałe interesy”), najsilniejsza w polskiej myśli wschodniej jest myśl o “niedrażnieniu misia” oraz “ośmieszaniu się w Europie”.
Niestety, w stosunkach z Rosją powinniśmy kłaść nacisk na inne interesy niż Niemcy. Dopóki mamy możliwość zastosowania mechanizmów “siłowej dyplomacji” (weto), nie powinniśmy się wahać z jego użyciem. Pamiętajmy, że czeka nas nie więcej niż 10-15 lat istnienia Unii Europejskiej, zatem po tym okresie znów będziemy zdani wyłącznie na siebie.
Casino Royale
Fajny film wczoraj widziałem. Momenty były? Masz, najlepiej jak ten Blond…
Casino Royale to dość dziwny film, nie wpisujący się jednoznacznie w utarty kanon bondologii. Rzecz nawet nie w tym, że jest to chronologicznie pierwsza opowieść o agencie 007 (widzimy nawet okoliczności “zdawania egzaminu” na jego licencję na zabijanie). W zasadzie po jego obejrzeniu mogę powiedzieć, że biorąc pod uwagę odstępstwa od schematu równie dobrze można ponazywać bohaterów inaczej, puścić to pod innym tytułem - i nikt nie pozna, że chodzi o Jamesa Bonda.
Schemat, który uwielbiają bondomaniacy jest prosty: Bond ratuje świat, w walce zabija swojego głównego wroga, jest twardy i nieugięty, cyniczny i dowcipny. A wszystko to czyni z piękną panienką klejącą się do jego boku. Martin Campbell odrzucił schematy (także te, którym hołdował w GoldenEye), co jest zamysłem ryzykownym; to oceni historia i potomni. Nie mam na myśli rzecz jasna rozważań na temat koloru włosów Daniela Craiga bądź koloru skóry Feliksa Leitera (skoro kobietą może być M, być może za czas jakiś pojawi się także Bond w spódnicy… już to czuję “my name is Bond. Jessica Bond“).
Krótki spis rzeczy, które rzuciły mi się w oczy po wczorajszej wizji lokalnej:
- Młody James Bond potrafi zebrać niezłe lanie, owszem, często obrywa ale wychodzi obronną ręką, aczkolwiek przed niechybną śmiercią ratują go… bandziory polujący na bandziora, który poluje na Bonda (znaczy się 007 nie wykańcza sam faceta, o którego mu chodzi). Z niewiadomych (no, pod koniec filmu się dowiadujemy dlaczego) przyczyn bandziory te nie zabijają równocześnie agenta Jej Królewskiej Mości. A mogli, na luzie.
- Młody Bond bywa sentymentalny i romantyczny, zakochuje się w urzędniczce ministerstwa skarbu państwa, wyznaje jej miłość (sic!), rzuca dla niej robotę (OK, to już było). Owszem, raz już Bond popełnił ten błąd i stanął na ślubnym kobiercu, jednak już dwa kwadranse później owdowiał. Diabli wiedzą jak wyszedłby z tej opresji gdyby nie…
- Gdzieś zniknęły wszelkie gadżety, którymi Bond zawsze był obwieszony. Komórka z GPS nie robi na mnie wrażenia, natomiast gdyby jego Aston Martin miał nadal na wyposażeniu rakietki, katapultę, zegarek Omega - jakiś laser do przecinania łańcuchów (Omega pojawia się tylko w krótkim dialogu), zaś guzik od smokingu - gaz paraliżujący, byłoby normalniej. Defibrylator zamiast uchwytu na kawę? Darujcie, scena robi wrażenie aczkolwiek w pewnych sytuacjach uznałbym, że wprowadzono ją jako element humorystyczny. Zamiast gadżetów mamy dość nachalny product placement, o którym niżej.
- Q. Skoro Bond nie potrzebuje gadżetów, nie jest potrzebny Q. Do poważnego filmu nie pasowałby John Cleese (ani nawet Desmond Llewelyn). Postać niewątpliwie drugoplanowa - podobnie jak Moneypenny - ale bez nich nie ma mowy o prawdziwym Jamesie Bondzie.
- Product placement… Bond zawsze korzystał z fajnych rzeczy (nawet wsiadłszy do BMW nie wyglądał jak byle dres spod Trzebnicy), w całości za dobrze widać jednak rękę sponsora. Z telefonów SonyEricsson korzystają wszyscy: całe MI6, urzędnicy brytyjskiego ministerstwa skarbu państwa, terroryści i ich mocodawcy. Wszystkie komputery na wyposażeniu to oczywiście Sony Vaio, zaś zdjęcia robi się tylko cyfrowymi aparatami Sony. Troszkę uciążliwe.
Reasumując: pomimo wyraźnych odstępstw od kanonu gatunku, film jest dobry, dynamicznie zagrany i zmontowany (świetna scena pościgu na budowie w Afryce na początku filmu). Niestety - tak, moim zdaniem niestety - brak mu tego bondowskiego klimatu. Po prostu mam wrażenie, że zmieniając obsadę i nazwiska granych postaci mielibyśmy z bardzo dobrym filmem sensacyjnym, niekoniecznie z kolejną opowieścią o agencie 007.
Halemba
O Halembie pisać mi się nie chce.
Mój punkt widzenia w 101% odpowiada temu co napisał Rafał Ziemkiewicz.



