20 procent
Mija właśnie rok od zaprzysiężenia Lecha Kaczyńskiego na urząd Prezydenta RP.
Rocznica wymagałaby jakiegoś podsumowania ale… w zasadzie niewiele jest do podsumowania. Kaczyński wygląda jakby źle się czuł w garniturze prezydenta; ot typowy profesorek wyrzucony poza ulubioną katedrę. Brak mu zarówno łatwości odnalezienia się w każdej sytuacji Aleksandra Kwaśniewskiego (niektórzy mogą uznać to za jego plus), ale i nie potrafi tak kształtować rzeczywistości jak Lech Wałęsa.
Bladości obecnej kadencji nie jest w stanie nawet przykryć energiczna polityka jego brata, zwłaszcza, że mnóstwo z tej pary idzie w gwizdek bądź jest przykrywane przez rumiane lico Andrzeja Leppera.
Wizerunek prezydentury Lecha Kaczyńskiego niewątpliwie traci na konieczności borykania się ze skutkami decyzji Jarosława Kaczyńskiego: współodpowiedzialność za koalicję rządową, kiepska polityka zagraniczna (począwszy od minister Fotygi, nieszczególne stosunki z Niemcami jak i nieumiejętność przekonania społeczeństwa do ważnej i odważnej decyzji posłania wojsk do Afganistanu).
Wydaje się, że szansą dla Kaczyńskiego byłoby - paradoksalnie - odsunięcie od władzy jego brata. Wówczas miałby szansę bądź uwolnić się od wpływów brata i zająć się budowaniem wizji własnej prezydentury (troszkę późno ale zawsze coś), bądź - gdyby zdecydował się nadal realizować polityczne plany Jarosława - zdobyć realne wpływy w ruchu sprzeciwu wobec kolejnego rządu.
Na dziś - po 10 latach zmarnowanej prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego - pozostaje nam tylko się cieszyć, że rok nie wyrok a dwa lata jak dla brata. Za nami 20 procent kadencji Lecha Kaczyńskiego i jakieś 20 procent poparcia dla urzędującego prezydenta.
Smutne ale prawdziwe.

