James Brown (1933-2006)
Zmarł James Brown, niezły muzyk, genialny szołmen, ojciec muzyki funk.
Uwielbiam jego żywiołową muzykę - mieszankę soulu, gospel i blusa - bez której nie byłoby ani Jimiego Hendriksa, ani przełomu w twórczości Milesa Davisa (”On the Corner”), Prince’a ani części hiphopu (tej lepszej). Pewnie nie byłoby też Michaela Jacksona i Beyonce - ale nad tym nie płakałbym.
Na marginesie: o sprawie dowiedziałem się z serwisu Gazeta.pl, żeby się przekonać, że redaktorzy (czy to PAP, czy mc?) zerżnęli 3/4 hasła z Wikipedii. Wystarczy porównać.


Dowiedziałem się o tym z TVP-owskiego “Teleexpressu”. Nieźle gość wymiatal na scenie a jego muzyka jest taka energyzująca. I taka zostanie. Na zawsze.
Kocham tańczyć. A przy jego muzie…..mmmmmm. Ta jego sekcja rytmiczna….zaraz coś włączę…na ful…
no: żal. tak jakoś.
Brown fascynował, to prawda. Był trochę wariacki, ale porywający.
A co do Wikipedii - no cóż, gaudeamus :-)
Ludzie, opanujta się z tymi laurkami, przecież to tandeta, no może parę kawałków mu się udało w tm morzu szmiry.