Słowo Olgierda

Blogowanie z kodeksem w ręku

Opublikowany w dobra osobiste, prawo, techno by Olgierd w dniu lipiec 14th, 2006

Internet to młode dziecko z pogranicza świata mediów i rozrywki. Cieszy się w miarę nieskażoną swobodą wypowiedzi, umknął - jak dotąd - zapędom regulacyjnym. Założenie portalu, gazety internetowej bądź bloga nie wymaga uzyskania koncesji KRRiTV, redaktorzy nowych mediów nie podlegają lustracji, tytułu nie trzeba rejestrować w sądzie, nadawać numeru ISBN, ale i e-żurnalista nie podlega ochronie właściwej dziennikarzowi papierowemu. (O tym, że reguły gry reala mają czasem zastosowanie także w internecie niektórzy wydają się zapominać, stąd chyba niekończące się awantury wokół serwisów P2P, warezów oraz odpowiedzialności za oszczerstwa rozpowszechniane na forach.)

Jak widać na wielu stronach - w szczególności blogach ale nie tylko - jakimś problemem są “głębokie linki” prowadzące do stron innych autorów, prezentujących treści tam rozpowszechnione. Niekiedy przybiera to postać np. zdjęcia “wyjętego na wierzch”, czyli fotografia rozpowszechniona pierwotnie w serwisie www.xyz.com zostaje także rozpowszechniona - jako link - w serwisie www.zyx.com.pl. Ma to służyć urozmaiceniu treści strony, szczególnie w sytuacji gdy ze względu na szczupłość środków autor strony nie może sobie pozwolić na wykonanie takiego zdjęcia we własnym zakresie, ale i umożliwieniu internautom zapoznania się z ciekawymi treściami.

Zjawisko takie nie jest obojętne z punktu widzenia przepisów prawa. W pierwszym rzędzie należy podkreślić, iż uprawnienia do takiego działania nie można wywodzić z dozwolonego użytku chronionych utworów w zakresie własnego użytku osobistego (art. 23 pr.aut.), a to dlatego, iż zgodnie z ust. 2 przepisu

Zakres własnego użytku osobistego obejmuje korzystanie z pojedynczych egzemplarzy utworów przez krąg osób pozostających w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskiego.

zaś jak słusznie zauważył E. Traple w komentarzu do ustawy “Nie stanowi dozwolonego użytku osobistego umieszczenie cudzego utworu na stronie internetowej, gdyż dostęp do takiego utworu uzyskuje praktycznie nieograniczony krąg osób”[1] Wydaje się zatem, iż taki sposób rozpowszechniania utworu stanowi działanie wskazane w art. 50 pkt 3 pr. aut. (publiczne udostępnianie w sposób aby każdy mógł mieć dostęp w miejscu i czasie przez siebie wybranym).Rozpowszechnianie takiej treści jest jednak dopuszczalne na podstawie art. 25 ust. 4 pr.aut. (dodanego w dniu 1 maja 2004 r.),

Wolno rozpowszechniać w celach informacyjnych w prasie, radiu i telewizji:
1) już rozpowszechnione:
a) sprawozdania o aktualnych wydarzeniach,
b) aktualne artykuły na tematy polityczne, gospodarcze lub religijne, chyba że zostało wyraźnie zastrzeżone, że ich dalsze rozpowszechnianie jest zabronione,
c) aktualne wypowiedzi i fotografie reporterskie,
2) krótkie wyciągi ze sprawozdań i artykułów, o których mowa w pkt 1 lit. ai b;
3) przeglądy publikacji i utworów rozpowszechnionych;
4) mowy wygłoszone na publicznych zebraniach i rozprawach; nie upoważnia to jednak do publikacji zbiorów mów jednej osoby;
5) krótkie streszczenia rozpowszechnionych utworów.
2. Za korzystanie z utworów,o których mowa w ust. 1 pkt 1 lit. b i c, twórcy przysługuje prawo do wynagrodzenia.
3. Rozpowszechnianie utworówna podstawie ust. 1 jest dozwolone zarówno w oryginale, jak i w tłumaczeniu.
4. Przepisy ust. 1-3 stosuje się odpowiednio do publicznego udostępniania utworów w taki sposób, aby każdy mógł mieć do nich dostęp w miejscu i czasie przez siebie wybranym, z tym że jeżeli wypłata wynagrodzenia, o którym mowa w ust. 2, nie nastąpiła na podstawie umowy z uprawnionym, wynagrodzenie jest wypłacane za pośrednictwem właściwej organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi lub prawami pokrewnymi.

co jednak nie pozbawia autora aktualnych fotografii reporterskich prawa do należnego mu wynagrodzenia. W tym sensie nowela z maja 2004 roku ucina wcześniejsze dywagacje nt. różnego charakteru stron internetowych i prasy papierowej[2] bądź też ograniczające prawo cytatu wyłącznie do internetowej emanacji prasy tradycyjnej[3].

Do pewnego stopnia uprawnienia do rozpowszechniania cudzego utworu na własnej stronie można doszukiwać się w art. 29 ust. 1 pr. aut., zgodnie z którym dopuszczalne jest przytaczanie urywków rozpowszechnionych utworów w całości lub drobnych utworów w całości, jeśli jest to jednak uzasadnione wyjaśnianiem, analizą krytyczną, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości (zwracam uwagę na pojemną klauzulę generalną “prawa gatunku twórczości”). Należy jednak podkreślić, iż przepis ten formułuje prawo do polemiki, krytyki literackiej itd., nie zaś do prostego wzbogacania strony treścią zaczerpniętą z innych adresów.

Trzeba też pamiętać, że warunkiem korzystania z utworu w granicach dozwolonego użytku jest podanie imienia i nazwiska autora oraz źródła utworu, zaś twórca zachowuje prawo do wynagrodzenia wyłącznie wówczas, gdy stanowi tak przepis prawa (art. 35 pr. aut.). Stanowi to wyraz ochrony autorskich praw majątkowych, a w szczególności prawa do autorstwa utworu oraz oznaczenia go swoim imieniem i nazwiskiem (art. 16 pkt 1 i 2 pr. aut.).

Odrębną sprawę godną rozważenia stanowi prawo do ochrony wizerunku osoby prezentowanej na fotografiach rozpowszechnianych na stronach internetowych. Zgodnie bowiem z art. 81 pr. aut.:

Rozpowszechnianie wizerunku wymaga zezwolenia osoby na nim przedstawionej. W braku wyraźnego zastrzeżenia zezwolenie nie jest wymagane, jeżeli osoba ta otrzymała umówioną zapłatę za pozowanie.
2. Zezwolenia nie wymaga rozpowszechnianie wizerunku:
1) osoby powszechnie znanej, jeżeli wizerunek wykonano w związku z pełnieniem przez nią funkcji publicznych, w szczególności politycznych, społecznych,zawodowych;
2) osoby stanowiącej jedynie szczegół całości takiej jak zgromadzenie, krajobraz, publiczna impreza.

Zatem nie powinno budzić wątpliwości rozpowszechnianie wizerunku dostojników państwowych nawet bez ich zgody, pod warunkiem wszakże, iż ujęcie zostało wykonane podczas pełnienia funkcji publicznych (parę lat temu był mały skandal po opublikowaniu przez jeden z dzienników bardzo prywatnych zdjęć posłanki Jakubowskiej), jednak już w odniesieniu do osoby prywatnej konieczne jest uzyskanie od niej wyraźnej zgody. W odniesieniu do internetu - a szczególnie blogów oraz innych serwisów opartych na korzystaniu z cudzej twórczości (co wydaje się być warunkiem uznania danego zjawiska jako wchodzącego w nurt Web 2.0) - istotny wydaje się przy tym wyrok Sądu Apelacyjnego w Krakowie z 20 lipca 2004 r. poświęcony tzw. “głębokiemu linkowaniu” do innej strony internetowej, w sentencji którego wyrażono pogląd, iż

Zamieszczenie na stronie portalu internetowego tzw. głębokiego linku (deep link) umożliwiającego użytkownikom tego portalu bezpośrednie (tj. z pominięciem struktury nawigacyjnej strony głównej innego portalu) otwarcie rekomendowanej witryny stanowi rozpowszechnianie wizerunku zamieszczonego na tej witrynie.

Oznacza to ni mniej ni więcej jak to, że autor strony, który wstawia u siebie link do innej strony, prowadzący wprost do rozpowszechnionego wizerunku osoby powinien uwzględnić zarówno sposób rozpowszechnienia jak i jego cel, który nie może godzić w wizerunek oraz dobra osobiste innych osób (pikanerii sprawie dodaje fakt, iż wyrok zapadł w sprawie, w której serwis pornograficzny bez zgody zainteresowanej linkował się do innej, niezależnej od linkującego, strony z jej całkowicie niepornograficznymi zdjęciami). Na marginesie powyższego należy wskazać, iż wizerunek osoby podlega także ochronie na podstawie przepisów o ochronie dóbr osobistych (art. 23 i 24 kc)[5]

Reasumując, wydaje się, że chociaż debata nad tym czym naprawdę jest internet i czy powinien podlegać on szczegółowym regulacjom prawnym jeszcze na dobre się nie zaczęła, a na pewno nie zostało w tym kontekście dostrzeżone zjawisko blogosfery, zawsze trzeba pamiętać, że część zasad odnoszących się do zjawisk pozasieciowych ma bezpośrednie przełożenie na zdarzenia zachodzące w sieci.

(więcej…)

Widziałem premiera cień

Opublikowany w dobra osobiste by Olgierd w dniu lipiec 10th, 2006

Widziałem dziś w telewizji nowego premiera. Bardzo podobny do prezydenta.

Tak się zastanawiam: czy byłby skandal dyplomatyczny gdyby premier i prezydent zamieniali się przed różnymi imprezami międzynarodowymi? Nie chce się Lechowi jechać na Szczyt Weimarski, zastąpi go Jarek, nie ma ochoty premier odstępować swoich kotów, do Brukseli wyskoczy prezydent-jako-premier.

Durne te moje wątpliwości, ale i czas jakiś taki surrealistyczny. Jakby Cezary Pazura w podwójnej roli wystąpił, może nawet byłaby nagroda na festiwalu filmowym, a tak?…

Hasłem po pamięci

Opublikowany w dobra osobiste, prawo, techno, z życia wzięte by Olgierd w dniu kwiecień 26th, 2006

Naukowcy (tym razem nie amerykańscy, lecz brytyjscy) stwierdzili, że im więcej pracownik musi zapamiętać różnych haseł dostępowych, numerów identyfikacyjnych oraz innych kodów, tym większe prawdopodobieństwo problemów.

Wcale mnie to nie dziwi. Jak sobie przypomnę ile muszę pamiętać - pin do komórki,
pin do bankomatu (na szczęście kredytówki mam bezpinowe),hasło i identyfikator do konta bankowego, hasła do serwisów internetowych innych banków (tam gdzie mam karty kredytowe…), na szczęście do pracy wchodzę na breloczek (i nie ma żadnego klepania w klawiaturkę), no ale jest hasło roota i hasło użytkownika do systemu… ufff hasła do kont pocztowych, jabbera i gadu-dziadu… Może coś pominąłem (o właśnie: kod abonencki u operatora komórkowego), ale nawet jak pominąłem to w decydującym momencie okaże się, że jednak sobie przypomnę… a jeśli sobie nie przypomnę? Aha przecież część haseł pamięta za mnie KWallet a hasła do poczty podpowiada uprzejmy Thunderbird… ale KWallet zadziała dopiero po użyciu jego własnego hasła, które - niezgodnie z regułami bezpieczeństwa? - mam takie same jak hasło użytkownika. Już się boję!

Pamiętam - to jakoś pamiętam! - że kiedyś było prościej. Komórkę kupiłem sobie wprawdzie dość dawno - ledwie 4 miesiące po starcie pewnej sieci, która dziś ma owoc w nazwie - bodajże gdzieś w tym samym czasie wyrobiłem sobie kartę do bankomatu (nazwy banku litościwie nie podlinkuję). W ówczesnej pracy założyli jakieś tam alarmy na drzwi i kazali sobie wymyśleć piny do otwierania, to ja sobie (niezgodnie z regułami bezpieczeństwa?) ustaliłem ten sam co do komórki. Karty kredytowej nie miałem, o internecie czytałem w gazetach. Wszystko co musiałem pamiętać to numer rejestracyjny mojego malucha oraz parę telefonów.

Nie wiem na ile odpowiedzią na moje bolączki są lub będą techniki biometryczne. Z jednej strony jak ognia boję się permanentnej inwigilacji Wielkiego Brata (a raczej Wielkiego Kolesia, ponieważ to my - współczesne społeczeństwo) sami siebie wiecznie śledzimy i myszkujemy, nie ma gorszej rzeczy niż odarcie z resztek prywatności. Ale kto wie czy jednak ten odcisk palca albo skan siatkówki oka nie okaże się wystarczającą odpowiedzią na konieczność wypośrodkowania pomiędzy wygodą użytkowników życia codziennego oraz uzasadnionej konieczności zapewnienia bezpieczeństwa temu co powinno być bezpieczne. Są już komputery albo karty pamięci, z których nie da się skorzystać bez uprzedniego "przedstawienia się" poprzez przyłożenie palca, są już firmy, gdzie tradycyjne hasełka bądź breloczki zastąpiły nowoczesne technologii identyfikacji siatkówki. Trwają prace nad zmianą formatu paszportów i innych dokumentów, tak aby zawierały one dane biomedyczne (wszakże nic człowieka lepiej nie identyfikuje jak jego kod genetyczny) - Islandia nawet pokusiła się o projekt zgromadzenia danych o DNA wszystkich jej mieszkańców, co wzbudza jednak pewne obawy właśnie w kwestii ochrony prywatności - jednak mój tradycjonalistyczny łeb broni i zapiera się przed tymi nowinkami.

Jaka jest więc odpowiedź? Sterta hasełek w kalendarzyku, jedno "mocne" hasło do wszystkiego na wszelki wypadek zapisane na karteczce przylepionej do monitora, hasło do bankomatu namalowane flamastrem na karcie…? Czy faktycznie zgoda na skanowanie, pobieranie, pomiar i utrwalanie?

technorati tags: , , ,

Spamerzy z Caritasu…

Opublikowany w dobra osobiste, przemyślenia, z życia wzięte by Olgierd w dniu kwiecień 13th, 2006

Dostałem dziś list z Caritasu. Imiennie zaadresowana koperta, w środku folderek, wstępnie wypełniony druczek przelewu - wystarczy wpisać kwotę i puścić kaskę na zbożny cel.

Od czasu do czasu płacę na różne cele społeczne, a to na wrocławskie schronisko dla zwierząt, na różnych powodzian, pogorzelców; wszystko wyłącznie przelewem - do puszek nigdy pieniędzy nie wrzucam, nagabywaczy gonię. Zimą wpłaciłem Caritasowi kilkadziesiąt złotych na ofiary katowickiej katastrofy. Pewnie potraktowano moje dane z przelewu jako doskonałą okazję by dopisać mnie do jakiejś bazy dobroczyńców.

Spamu nie lubię, parę dni temu doniosłem Centertelowi na przygłupiego handlowca, który zaspamował grupę pl.regionalne.wroclaw. Z Caritasem mam jednak pewien problem natury moralnej, z jednej strony ewidentnie dopuścili się naruszenia dobrych obyczajów (a może nawet prawa), z drugiej jednak… wiadomo, to jednak nie usługi finansowe, powiększanie czegoś tam czy też kolejne znakomite obrazoburcze pismo. Skarżyć się nie zamierzam ale mam pewną zagwozdkę jak ich zakwalifikować…

technorati tags:

Ojciec Dyrektor przeprasza

Opublikowany w dobra osobiste by Olgierd w dniu kwiecień 12th, 2006

Żyjemy w ciekawych czasach. Niedoceniona “Gazeta” przynosi wiadomość, że Ojciec Dyrektor na falach eteru Radia Maryja przeprasza swoich i nie swoich słuchaczy za głupi felieton Stanisława Michalkiewicza. Odwołując się do przedświątecznej atmosfery Ojciec Rydzyk prosi o przebaczenie tych, którzy poczuli się urażeni wypowiedziami “jednego ze znanych felietonistów”. Śladu przeprosin nie widać wprawdzie na stronie rozgłośni ale przecież stacja silna jest nie liczbą kliknięć lecz uszu wtulonych w szumiące radyjka.
Audycji Michalkiewicza nie słuchałem, prawdę mówiąc nie słucham Radia Maryja od przeszło 10 lat (ostatni raz dobrze się przy nim bawiłem w czasie kampanii prezydenckiej w 1995 r.). Jego poglądy drażnią mnie od lat, szczerze mówiąc drażniły nawet w czasach kiedy działaliśmy w jednej partii politycznej. Uważam, że głupota niejedno ma imię i nikt nie jest od niej dożywotnio uwolniony. Szkoda, że głowę popiołem posypał tylko szef redakcji, nie zaś sam winowajca.
Cieszę się jednak - mówię to zupełnie bez złośliwości - że o. Tadeusz Rydzyk zdobył się na ten gest. Podejrzewam, że utonie on w powodzi podobnych “felietonów”, jednak zawsze będzie można mu w przyszłości przypomnieć, że zdarzało się i jemu błądzić.